czwartek, 6 sierpnia 2015

WDZIĘCZNA ZA LEKCJĘ MIŁOŚCI

Patrząc wstecz na prawie 11 miesięcy spędzonych w Zambii mogę dzisiaj śmiało podsumować, że był to czas uczenia się miłości. Przede wszystkim uczenia się, że Bóg jest Miłością.

Spotykałam osoby stęsknione miłości, a wręcz o nią żebrzące. Do tej grupy nie zaliczały się tylko maluchy. Nieumiejętność kochania własnych dzieci była już tylko konsekwencją jej braku w życiu rodziców. Sama doświadczałam ogromu miłości i uczyłam się sposobów jej okazywania. Zawstydzała mnie prostota wielu z nich. Starałam się miłość rozdawać i dzielić, a dzieląc wiele razy byłam świadkiem cudu rozmnożenia. Pytałam czym jest miłość i próbowałam ją wycenić. Znalazłam odpowiedź, że to właśnie ona jest jedynym pewnym gwarantem szczęścia i że kocha się za nic.

Wracam do Polski bardzo wdzięczna za tę lekcję miłości i świadoma, że ona nigdy się nie skończy. Wiem, że jeszcze się w niej nie wydoskonaliłam, bo przecież miłość usuwa lęk, a we mnie jeszcze go trochę zostało. Na ile będę potrafiła zabrać zambijską lekcję ze sobą i kochać tam, gdzie teraz będę? Kochać Boga, ludzi i samą siebie. Kochać, a nie ranić. Wracam jednak z wielkim uśmiechem na sercu, bo wiem, co czyni szczęśliwym i chcę tym szczęściem żyć. I wiem, u jakiego Źródła czerpać każdego dnia potrzebne do tego siły.




Boże, dziękuję Ci za Mansę! Dziękuję, że mi zaufałeś! Dziękuję, że jesteś Miłością! 

wtorek, 16 czerwca 2015

TUTAJ W MANSIE

Tutaj w Mansie
są takie krzyże
niewidoczne
Kiedy się cierpi po cichu
Zabiera ciężar po cichu
Upada i wstaje po cichu
Uśmiecha, bo krzyż nie na pokaz
Uklęka, by trud ofiarować
Zamyka oczy, by sens zobaczyć
Zapłacze znowu ze szczęścia
Nad paradoksem miłości.



niedziela, 14 czerwca 2015

PRZYCINANIA SKRZYDEŁ CIĄG DALSZY

Ostatnie tygodnie spędzone w Mansie nie należały do najłatwiejszych. Po ponad 8 miesiącach stąpania po zambijskiej ziemi moje nogi osłabły. Moje serce straciło początkowy zapał. Z jednej strony odczuwało radość i wdzięczność za bycie tutaj, z drugiej jakiś ciężar nie pozwalający iść i w wolności dawać siebie drugim. Codzienność stała się jakby bardziej szara i wzrosło oczekiwanie czegoś nowego, wielkiego. Dzisiaj dziękuję za ten pierwszy misyjny kryzys i Boże iskierki, które podtrzymywały we mnie misyjny płomyk.

Dwa tygodnie temu razem z Sylwią odwiedziłam jednego z naszych zambijskich Przyjaciół. Sajmon jest w 12, ostatniej klasie Kaole School. Ma około 19 lat. Poznałam Go w Oratorium na samym początku misji. Był dla mnie wzorem leadera - przychodził prawie każdego dnia, pięknie bawił się z Dziećmi, był bardzo otwarty i radosny. Wiele rozmawialiśmy. Sajmon potrafi pięknie rysować. Nad moim łóżkiem do dzisiaj wisi prezent od Niego - rysunek małego dziecka wtulonego w bezpieczną dłoń Ojca. Myśli o zostaniu kapłanem.

Ponad dwa miesiące temu Sajmon zachorował. Z kościelnej ambony doszła nas wieść o Jego poważnym stanie zdrowia: malaria mózgowa. Cierpienie fizyczne łączy się w tym przypadku z umysłowym, osoba chora momentami traci świadomość, zaczyna mówić od rzeczy, ma zaniki pamięci, nie kontroluje siebie. Sajmom trafił do szpitala i musiał przerwać naukę. Po kilku dniach opuścił szpital i powoli dochodził do siebie w domu. Wrócił też do szkoły.

Dwa tygodnie temu 'przypadkiem' spotkałam brata Sajmona. Okazało się, że choroba wcale nie minęła. Sajmon kolejny raz musiał przerwać szkołę. Następnego dnia, w niedzielne skwarne popołudnie odwiedziłam Go razem z Sylwią z niemałymi obawami, jak się zachować i jakie będzie Jego zachowanie. Brat Sajmona zaprowadził nas do domu. Po drodze przyłączyło się do nas naszych trzech oratoryjnych Przyjaciół-rozrabiaków: Fred, Michael i Vincent. Radośnie powędrowali z nami i mnie osobiście dodali wiele odwagi.





W domu Sajmona przywitała nas Jego mama. Mieszkają tylko we dwójkę, tata mieszka w innym mieście, nie utrzymują ze sobą kontaktu. Kiedy dotarliśmy na miejsce Sajmon właśnie spał, ale po kilku minutach wyszedł na zewnątrz i usiadł razem z nami na murku przed domem. Jego twarz wyglądała na zmęczoną i była nieco opuchnięta. Był osłabiony i początkowo troszkę zmieszany. Porozmawialiśmy o naszej codzienności, bardzo prosto. Sajmon się nie poddaje, bardzo chce skończyć szkołę i rozpocząć studia. Na miarę swoich sił sam nadrabia szkolne zaległości. Wszystko poddaje woli Bożej. To uspokaja Jego serce i mimo trudu pozwala Mu szczerze się uśmiechać.

Po około pół godziny pożegnałyśmy naszego Przyjaciela. Był bardzo wdzięczny za odwiedziny, ale moja wdzięczność za ten czas była chyba większa. Zwykłe spotkanie, prosta rozmowa, milczące spojrzenia ubrane w uśmiech, poświęcony czas: to, co uszczęśliwia i czyni szczęśliwym.





Oj ta Mansa, nieustannie przycina moje skrzydła, kiedy chcę odlecieć w poszukiwaniu czegoś wielkiego. Uczy mnie powracać do tego, co najprostsze i w tej prostocie najcenniejsze.  


sobota, 9 maja 2015

LEKCJA O WIERNOŚCI

Po ponad siedmiu miesiącach spędzonych w Mansie cały czas jeszcze nie mogę nadziwić się miłością najmniejszych Murzyniątek, które niemal codziennie spotykam na misji.

Przez ostatnie dwa tygodnie prawie każde przedpołudnie spędzałam na malowaniu od zewnątrz murów otaczających naszą placówkę. Każdego dnia, bez wyjątku, nagle obok mnie pojawiała się gromadka Dzieci. Twarze dla mnie znane i zupełnie nowe. Z częścią z nich udawało mi się wymienić kilka zdań. Część potrafiła się tylko przywitać. Niektóre przystawały zaledwie na chwilę i pozostawiając po sobie uśmiech maszerowały dalej w swoim kierunku. Większość usiadała obok, obserwowała, kontynuowała dziecięce rozmowy i zabawy. Cześć siedziała i tylko milczała. Po prostu była. Malując w ostatnich dniach w Pre-school mogę usłyszeć swoje imię dobiegające tym razem z drzewa. Dzieci nie mogę wchodzić na teren szkoły, dlatego szukają innego rozwiązanie. Obserwują, co robię razem z Sylwią,  krzyczą coś w tutajszym języku bemba. I tak wiernie każdego dnia.

Idąc wiejską drogą na market, nagle zza przydrożnych domków wyłania się dziecięce mrowisko. Znowu słyszę swoje imię, widzę machające rączki, zanim się obejrzę czuję, że ktoś ściska moją dłoń. Czasami kończy się to przepychanką, jakby była ona czymś bardzo cennym. Towarzysze podróży mnożą sie bardzo szybko. Samotny spacer jest tu raczej niemożliwością.




Siedząc w kościelnej ławce niespodziewanie wyczuwam przysuwające się po ławce afrykańskie Pzylepki. Jadąc rowerem do sklepu znowu słyszę dziecięce krzyki, spostrzegam czekoladowe uśmiechy, czasami czekoladowi biegacze próbują dogonić mój rower. Idąc do Oratorium widzę kolejną podbiegającą grupkę Dzieci. Pojawiają się nagle z różnych stron. A jeszcze chwile temu była ich zaledwie garstka.  

Wiem, dla większości z tych Dzieci jestem tylko atrakcją, jestem po prostu muzungu, białym człowiekiem. A atrakcja przyciąga szczególnie Dzieci. Ale ich dobre oczy, szczere uśmiechy i poświęcone mi minuty z mojej perspektywy znaczą o wiele więcej i bardzo mnie zawstydzają. Zawstydza mnie ich wierność. Są tak, gdzie ja jestem. Niby TYLKO są, ale dla mnie AŻ są. Kolejny raz zamykam oczy i wzruszam się z wdzięczności. I modlę się po cichu o wierność w miłowaniu - nie tylko tych Najmniejszych.






czwartek, 9 kwietnia 2015

MÓJ NAJMŁODSZY NAUCZYCIEL

Lene ma około 4 latek. Przychodzi do naszego Oratorium prawie każdego dnia. Często pojawia się nagle, nie wiadomo skąd. Zawsze wita mnie uśmiechem, który dociera nie tylko do moich oczu, ale za każdym razem porusza moje serce. Tego uśmiechu nie da się nie odwzajemnić, przynajmniej ja nie potrafię.  




Lene mieszka niedaleko naszej placówki, ma młodszego brata i starszą siostrę. Jest szczęściarzem, bo ma jeszcze obu rodziców. Patrząc na Lene pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy jest Jego strój. Zazwyczaj są to bardzo brudne, często mokrawe (również od moczu), porozciągane albo podarte ubranka. Często jedna z małych rączek służy za pasek i wstrzymuje spodenki przed zgubieniem ich w drodze. Drugą rączką Lene macha biegnąc w moją stronę. Nie nosi butów, Jego małe stópki nauczyły się zambijskiej ziemi już chyba na pamięć. Ma wielkie, błyszczące oczy, okrąglą buzię i piękny uśmiech. Bardzo często przychodzi z zasmarkanym noskiem. Na główce wyraźnie widać białe plamy - oznaka grzybicy.




Lene jest moim najmłodszym zambijskim nauczycielem miłości. Nie umiem pojąc, że tak wiele może się jej zmieścić w tak malutkim serduszku. Wszystkie zewnętrzne niedoskonałości znikają bardzo szybko, kiedy oczy serca zaczynają dostrzegać to, co najważniejsze. Bez wahania biorę Lene na ręce, podrzucam, spaceruję, wygłupiam się. Słyszę jego delikatny śmiech. Chciałabym dać Mu skrawek miłości, ale to On zawsze wyprzedza mnie pierwszy. Taki to z Niego łobuz. Patrząc na Niego przypominam sobie słowa Jezusa: Jeśli się nie staniecie jak dziecko... . Dziecko jakim jest Lene, który zaraża radością, kocha bez warunków, ufa i nie zadaje zbędnych pytań.  

Pokochałam Lene. Przedczoraj Mu o tym powiedziałem w bemba, by mieć pewność, że rozumie: Sendameni po! Odpowiedział mi tym samym. Uszczypnęłam Go palcami w policzki i mocno uścisnęłam. I znowu przypomniałam sobie, że największym szczęściem naprawdę jest kochać i być kochanym. Tylko tyle i aż tyle.   



sobota, 21 lutego 2015

BOSA DROGA KRZYŻOWA

Pierwszy piątek Wielkiego Postu. Moje myśli uciekają do Polski i piątkowych Dróg Krzyżowych, którymi jak co roku w tym czasie kończyłam każdy tydzień. Dopiero na kilka godzin przed 17.00 dowiaduję się, że na tę samą drogę wybiorę się także tutaj w Mansie. Moje serce się cieszy. O planowanym czasie kościół jest jeszcze zamknięty. Dwie grupki kobiet siedzą na ziemi i ławce. Rozmawiają. Ja razem z Sylwią i gromadką Dzieci gram w klaskane łapki blisko tylnego wejścia. Drzwi otwierają się ostatecznie o godz. 17.10. Na początku kościół jest prawie pusty. Po kilku minutach w skromnej procesji przed ołtarz wychodzi Ksiądz, obok Niego dwóch ministrantów ze świecami w ręku, a pośrodku nich trzeci z krzyżem. Rozpoczęcie o kolejne minuty wstrzymuje oczekiwanie na osobę czytającą rozważania. Cały czas dochodzą nowe osoby. Kościół powoli się wypełnia. W końcu zjawia się dwóch mężczyzn z niewielkimi książeczkami w ręku. Teraz wszystko jest już gotowe. Moja pierwsza zambijska Droga Krzyżowa rozpoczyna się ok. godz. 17.25.

Ministranci z krzyżem ustawiają się przy pierwszej stacji. Obrazy rozmieszczone są na ścianach na około całego kościoła. Słyszę znaną mi melodię i teraz również już znane mi słowa: Utubeleleko luse (Zmiłuj się nad nami). Niczego nie rozumiejąc jestem jakby poza tym, co się właśnie dzieje. Ludzie obracają się wodząc wzrokiem za wędrującym krzyżem. Część wychodzi z ławek, by ułatwić sobie klękanie. Podobnie i ja. Przy 4 stacji zauważam obok siebie małego Chłopca. Ma około 7 lat. Zaczepia innego, dlatego delikatnie krzyżuję moje ręce pod Jego brodą i powolutku przysuwam do siebie. Niepewnie podnosi na mnie wzrok. Nie wzbrania się. Razem ze mną klęka i wstaje. Z każdą stacją Jego chude ciałko coraz bliżej przysuwa się do mojego. Co chwila zerka na mnie swoimi białymi oczami i delikatnie się uśmiecha. Ja robię to samo. Przez chwilę spoglądamy sobie głęboko w oczy. Widzę w nich tyle niewinności, dobra i ciepła. Jednocześnie tyle potrzeby miłości. Smyram mojego nowego Przyjaciela palcem po policzku i z powrotem kieruję swoje spojrzenie na krzyż. Szukam odpowiedzi, jak kochać. Szukam zrozumienia, co to miłość.

Dopiero po kilkunastu minutach zauważam bose stópki tego Chłopca. Rozglądam się wokół i nagle dostrzegam ich wiele wokół siebie. Pod spodem mają taki sam kolor, jak nasze. Jedynie skóra wydaje się być twardsza. Zaprawiona do chodzenia od chodzenia.




Myślę o moich stopach. Przypominam sobie, kiedy to spróbowałam chodzić na boso po kamyczkach wkół naszego domku. Może nie bardzo, ale było to bolesne, więc szybko założyłam buty z powrotem. Po jednej z ulew zdjęłam sandały i szłam na boso przez błoto połączone z gliną. Tym razem nie bolało, ale zaraz po umyłam nogi i założyłam skarpetki. Było mi zimno.

Myślę o moim życiu. Podobnie i tutaj uciekam przed chodzeniem boso. Szukam prostych dróg, równych, suchych, bezbolesnych. Zakładam wygodne buty. Narzekam, kiedy mnie obcierają. Porzucam, kiedy zaczynają się psuć. Szukam dla siebie tych idealnych.

Moja pierwsza Droga Krzyżowa w Afryce powoli się kończy. Klęczę zawstydzona i wdzięczna za kolejną lekcję pokory i lekcję prawdy o sobie. Dziękuję za afrykańskie bose stópki dodające mi odwagi, by wybierać też te trudne, niewygodne drogi.




Jak się później okazało, tym chłopcem był Matthew. Wychodząc z kościoła złapał mnie mocno za rękę. Zapytał, czy jutro jest Oratorium. Ucieszył się z twierdzącej odpowiedzi. Jeszcze z oddali z uśmiechem spojrzał w moją stronę i pomachał. To było ostatnie spotkanie naszych oczu. Odwróciłam głowę, ale uśmiech jeszcze przez dłuższą chwilę nie schodził z mojej buzi. Kolejny afrykański Złodziej skradł moje serce. I co najciekawsze, nie czuję się przez to uboższa, ta kradzież za każdym razem daje mi poczucie, że jestem najbogatszym i najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.  




wtorek, 10 lutego 2015

NAJKRÓTSZA DROGA

Każdego dnia na misji spotykam dziesiątki lub setki Dzieci. Z większością z nich, zwłaszcza tą najmłodszą, rozmowa kończy się na kilku słowach i zwrotach, których z czasem nauczyłam się w języku bemba. Tylko niewielka grupa rozumie i potrafi odpowiedzieć cokolwiek po angielsku. Przez pierwsze tygodnie spędzone w Mansie bardzo mnie to krępowało. Dla Dzieci od samego początku nie stanowiło to żadnej bariery, ja jednak potrzebowałam czasu, by nauczyć się tej najkrótszej drogi do drugiego człowieka, by One mogły mnie jej nauczyć  - uśmiechu.



Nigdy nie poznamy całego dobra, jakie może dać zwykły uśmiech - Matka Teresa z Kalkuty miała rację. W Mansie Dzieci rozdają swoje czekoladowe uśmiechy na każdym kroku. Pierwsze docierają do mnie już o poranku, kiedy wracam z Eucharystii. Dzieci ze szkoły garażowej wiernie schodzą się przed czasem w pobliże naszego domku i czekają na swoje zajęcia. Nawet nie zdają sobie sprawy, z jaką mocą ich uśmiech rozgania czasami czarne chmury, które chciałyby zabrać mi radość nowego dnia. Zbiegające się ze wszystkich stron Uśmiechy witają mnie w Oratorium, przeganiając skutecznie częste zmęczenie i zniechęcenie. Uśmiechy też mnie żegnają kolejny raz przypominając, że było warto. Kolejne co chwila dostrzegam z kościelnej ławki, skradają się do środka przez okno albo drzwi. Najpiękniejsze są wieczorem przy zachodzącym słońcu, kiedy towarzyszą im najmocniej o tej porze święcące, uśmiechnięte oczy.




Pokochałam te czekoladowe Uśmiechy. Pokochałam ich szczerość, niewinność, ufność i dobro. Najkrótsza droga, której cały czas jeszcze się uczę. Dostępna nie tylko dla Dzieci. Dostępna nie tylko w Mansie. Prosto od serca do serca. 



piątek, 23 stycznia 2015

GOD IS ABLE

Dokładnie cztery miesiące temu opuściłam moje Ur w ziemi chaldejskiej. Poszłam za Głosem i pozwoliłam poprowadzić się drogą, której wtedy nie znałam. Każdy dzień spędzony na misji odkrywa przede mną kolejny jej skrawek. Czasami stawiam pewne, czasami bardzo chwiejne kroki. Czasami idę z wielkim zapałem, czasami Pan Bóg musi wołać mnie kilka razy i wręcz wypychać do przodu. Czasami widzę przed sobą otwartą przestrzeń, czasami nie mam pojęcia, co będzie za kolejnym zakrętem. Wiem jedno - tak pięknymi ścieżkami jeszcze nigdy nie chodziłam.

W ostatnią sobotę zaczepiły mnie dwie nieśmiałe Dziewczynki. Biegłam akurat udeptaną ścieżką obok naszego kościoła, by zanieść potrzebne rzeczy na spotkanie odbywające się w holu tuż obok naszej placówki. Dziewczynki okazały się być Siostrami, jedna miała 14, druga 11 lat. W zeszłym roku przychodziły do szkoły garażowej, którą prowadzimy teraz razem z Sylwią. Z dumą pokazały mi certyfikaty, które otrzymały na koniec roku i zeszyty z kilkoma zaledwie zapisanymi kartkami. W styczniu obie poszły do normalnej szkoły. W ich oczach tańczyła radość. Zaprosiły mnie i Sylwię do swojego domu. Tak po prostu. Poszłyśmy tam w niedzielne przedpołudnie. Razem z trzecią, najmłodszą Siostrą Dziewczynki czekały na nas pod kościołem. Przywitały nas szerokimi uśmiechami. Nasza droga przypominała labirynt rozmieszczony pomiędzy afrykańskimi chatkami i domami. Co chwila pozdrawiałyśmy i odpowiadałyśmy na pozdrowienia napotkanych mieszkańców Mansy. Z kolejnymi minutami kolejny Maluch dołączał do naszej wycieczki.




Po około 40 minutach dotarłyśmy na miejsce. Biegiem, bo na ostatnim odcinku Dziewczynki złapały nas za ręce i zdecydowanie przyśpieszyły kroku. Domek był bardzo prosty, położony na samym obrzeżu Mansy. Miał słomiany dach, sciany z pustaków, drewniane czerwone okienka i poustawiane przed nim doniczki z liściastymi kwiatami. Jako pierwszy jednak rzucił mi się w oczy napis wymalowany na ścianie: God is able. W domu był tylko tata, mama sprzedawała akurat warzywa na targu, to Jej praca. Przyjął nas bardzo ciepło. Usiedliśmy razem przed domem. Szybko zbiegła się kolejna gromadka Dzieci z sąsiedztwa. Usiadły wokół nas i przysłuchiwały się rozmowie. Ich ciepłe spojrzenia wędrowały ode mnie do Sylwii i z powrotem. Jak zwykle hojnie rozdawały swoje czekoladowe uśmiechy. Porozmawialiśmy o codzienności tej rodziny. Tata nie ma pracy, cały czas jeszcze jej szuka. Wierzę, że ją znajdzie, bo przecież God is able. Obecnie prowadzi małą farmę wokół domu. W porze deszczowej to dobry sposób na zarobek. Podobnie jak Dziewczynki bardzo się cieszy, że teraz mogą chodzić do normalnej szkoły. Do szkoły chodzi też 9 letni synek. Tata bardzo chciałby, by Dzieci kontynuowały naukę. Ja spokojnie uśmiecham się pod nosem i wierzę, że tak będzie, bo przecież God is able. W prezencie dostałyśmy kasawę - tutejsze białe, podłużne jak chrzan warzywo przyrządzane przez Zambijczyków na przynajmniej trzy tradycyjne sposoby: grillowane na otwartym ogniu, smażone na patelni z solą albo gotowane na słodko.






Nasze odwiedziny trwały około godziny, ale wróciłam do domu tak ubogacona, jakbym wracał z dalekiej podróży. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć wdzięcznych oczu taty. Doskonale pamiętam głęboki uśmiech zwłaszcza jednej z Dziewczynek. Nie zapomnę dziecięcego zaufania najmłodszej z nich, która bez oporu znalazła sobie bezpieczne miejsce na moich kolanach. Wszystkie te rzeczy dane mi zupełnie za darmo. Żadna z nich nie domagała się niczego w zamian. Tamtego przedpołudnia zobaczyłam, co to szczęście. Szczęście uzależnione nie od tego, co się ma, ale jakie ma się serce i na ile się kocha. Szczęście wypływające z wiary, że God is able. Szczęście podzielone z kimś, kogo dzień wcześniej ani Dziewczynki, ani ich tata kompletnie nie znali.




Moja droga jeszcze się nie skończyła. Dzisiaj wieczorem znowu zamykam oczy z wielką wdzięcznością za kolejny poznany jej skrawek. Zamykam, by jutro otworzyć je na nowo i bogatszą wyruszyć dalej przed siebie. I nie chcę się lękać, bo nie idę sama. Ta uboga rodzina przypomniała mi, że kiedy ja niedomagam, God is able.

niedziela, 18 stycznia 2015

KOCHAĆ I JUŻ

Na początku grudnia poznałam Edith. Od tamtego czasu jest bardzo częstym gościem w moich myślach i nowym lokatorem mojego serca. Edka, bo tak nazywam Ją w spolszczonej wersji, przyjechała z Lusaki do Mansy na wakacje. Wraz z siostrą i dwoma innymi Dziewczynkami mieszkała obok naszego domku. Razem spędziłyśmy Boże Narodzenie i byłyśmy sąsiadkami do 7 stycznia.  

Edka ma 14 lat. Jest śliczną dziewczyną i będzie kiedyś piękną kobietą. Razem z buzią zawsze uśmiechają się Jej oczy. Jej siostra Florence jest 4 lata młodsza. Obie mieszkają w City of Hope, ośrodku szkolno-wychowawczym prowadzonym przez Siostry Salezjanki w stolicy Zambii. Kiedy Edka miała 4 latka, nagle zmarł jej tata. Zapamiętała Go jako dobrego i pracowitego człowieka. Ma jeszcze starszą siostrę i brata. Po śmierci taty przez pewien czas mieszkali razem. Dzisiaj Edka nie zna adresu, pod którym mogłaby znaleźć swoje starsze rodzeństwo. Oni też Jej nie odwiedzają. W 2009 roku po raz ostatni widziała i słyszała swoją mamę. Razem z siostrą zabrali Ją od Niej, bo miejsce, w którym mieszkali, jak sama powiedziała, nie nadawało się dla dzieci. Coś w rodzaju przytułku dla bezdomnych. Od ponad trzech lat Dziewczynki mieszkają w City of Hope. Ono jest teraz ich domem.




Edka nie tylko mieszka w Mieście Nadziei, Edka żyje nadzieją, że zobaczy jeszcze tych, których nigdy nie przestała kochać. Dziecięce pragnienie miłości jest silniejsze od żalu i pretensji. Kocha i już. Kiedy zapytałam Ją o największe marzenie, odpowiedziała bez wahania: That my mum comes to visit me. Edka modli się o to każdego dnia. Czeka tak już 5 lat. Wyraźnie widzę w jej oczach wielką tęsknotę. W przyszłości chciałaby zostać lekarzem i mieć męża, który będzie solidnie pracował i nie będzie lubił piwa. Jak Jej tata. I chciałaby mieć gromadkę dzieci. Jej wcześniejszym planem jest jednak wyruszenie na poszukiwanie mamy zaraz po skończeniu szkoły. Ona naprawdę wierzy, że Ją odszuka. Ja też.

W zeszłym tygodniu mogłam odwiedzić Edkę w jej domu. Jest nim jeden z identycznie urządzonych pokoi rozciągniętych wzdłuż długiego korytarza. Ma około 3 na 4 metry. Białe ściany, 3 łóżka - dwa piętrowe i jedno zwykłe na środku, na którym nikt nie śpi. Edka śpi na górze po prawej stronie, pod Nią Jej siostra. Każda z Dziewczynek ma do dyspozycji białą, wbudowaną w ścianę szafę. Za drewnianymi drzwiami znajduje się cały ich dobytek. Dla Edki są nim ubrania, kilka kartek pocztowych, kosmetyków i niepełny album ze zdjęciami. Na żadnym nie jest z rodziną.

Sama nie wiem dlaczego, ale Edka bardzo szybko znalazła swoje miejsce w moim sercu. Może dlatego, że otworzyła przede mną swoje. Może dlatego, że wiem, co to tęsknota za mamą. Może dlatego, że mamy podobne marzenia. W każdym razie kolejny raz doświadczyłam, jak niewiele trzeba, by pokochać. I jestem wdzięczna Edce za lekcję miłości i już.  




piątek, 26 grudnia 2014

TA SZCZĘŚLIWA NOC

Tegoroczna Wigilia była jak do tej pory najtrudniejszym i jednocześnie najpiękniejszym dniem spędzonym na misji.

Otwieram oczy wcześniej niż zazwyczaj. Ten szczególny dzień się budzi... - słowa mojej ulubionej piosenki same cisną mi się na usta. Po porannej Eucharystii przychodzi czas na wycinanie literek do dekoracji kaplicy i pakowanie ostatnich prezentów. Kolejne trzy godziny pochłania czekanie w kolejce na poczcie i drobne zakupy w mieście z Siostrą Lorraine. Tuż przed lunchem wstawiam do piekarnika ostatnie piernikowe ciasto. Przedświąteczne porządki przerywa potrzeba udekorowania ołtarza w maszym parafialnym kościele. Jest gotowy dopiero na godz. 18. Nerwową atmosferę buduje nieudana próba naprawienia internetu. Dzisiaj tak bardzo chciałybyśmy zobaczyć tych, których kochamy. Grupa młodych ludzi kontynuuje prace ogrodowe na terenie naszej placówki. Dzień toczy się niby zwyczajnie, ale ja jestem gdzieś poza tym wszystkim.

Nogami stąpam po zambijskiej ziemi, ale moje serce co chwilę wędruje do Polski. Ukradkiem ocieram pierwszą łzę słysząc Oj, Maluśki, Maluśki... - ulubioną kolędę mojego Taty.

To już czas. Świąteczna dekoracja, polskie kolędy w tle, zapach piernika i czerwonego barszczu coraz bardziej uświadamiają mi, że to naprawdę 24 grudnia. Zmrok za oknem przysłania afrykańskie lato. Wszystko wokół powoli ucicha. W tym roku jest nas tylko dwie - ja i moja misyjna Siostra, której rok temu jeszcze praktycznie nie znałam. Wspólna modlitwa, łamany opłatek, dobre słowo, uścisk i łzy tęsknoty pomieszanej ze szczęściem. Szczęściem, że jestem prowadzona ścieżkami, o których kiedyś nawet bym nie pomyślała. Szczęściem, że kocham i jestem kochana. Szczęściem, że mam za kim tęsknić. Szczęściem, że przyszedł Ten, na którego czekałam. Szczęściem, że dzisiaj tak mocno mogę doświadczać, że jest Emmanuelem - Bogiem z nami, Bogiem ze mną.





środa, 24 grudnia 2014

NAUKA TAŃCA

Każdego dni na misji na coś czekam. Jeszcze śpiąc czekam podświadomie na dźwięk budzika. Każdego ranka czekam na Biały Opłatek i siły, które przynosi. I czekam na zmiany, których jeszcze chce we mnie dokonać. Czekam na uśmiechy Dzieci. Czekam na otrzymaną i podzieloną radość. Czekam na cuda. Czekam na wieczorną chwilę odpoczynku wędrując palcami po kolorowych paciorkach. Czekam na noc, by kolejnego dnia móc zacząć jeszcze raz. Do tej pory najdłużej chyba czekałam na powrót Mamy zza Oceanu do domu. 5 lat upłynęło, zanim znowu mogłam Ją uściskać. Gdyby mnie wcześniej uprzedziła, pewnie bym Jej nigdzie nie puściła. Czekałam, bo kocham.

Czekanie jest wpisane w zambijską codzienność. Umówione spotkania zaczynają się przynajmniej z godzinnym opóźnieniem. Nikt się tutaj nie śpieszy. Nikt nie zerka niecierpliwie na zegarek. Nikt się nie zniechęca widokiem długiej kolejki. Panono, panono (powoli, powoli). Czas spędzony na czekaniu dla Zambijczyków nie jest czasem straconym. Jest ważną czynnością. I choć może z innych powodów, ale dzisiaj jestem im wdzięczna za tę lekcję.

Nie tylko w Zambii czekanie uczy mnie zaufania. Uczy, że wiara jest tańcem, w którym prowadzi Bóg. Uświadamia mi, że nie znam wszystkich dróg i odpowiedzi, ale z czasem okryję, że On je zna. Przypomina, że to On wybiera najlepszy moment. Uświadamia, że tylko miłość uzdalnia do czekania. Jak na Mamę.

Kończy się Adwent. Każdego dnia czekałam na Tego, który przychodzi. Czekałam, bo kocham.

Zatem Kochani, dobrego Spotkania!




czwartek, 27 listopada 2014

POKOCHAŁAM

W poprzedni wtorek spełniło się jedno z moich zambijskich marzeń: Dzieci z naszej szkoły garażowej mogły pojechać nad jezioro do Sanphii. Cena za wprawę: 10 kwacha. Suma bardzo symboliczna. Dokładnie tyle kosztuje tutaj litr mleka. Mimo to zbiórka rozpoczyna się już dwa tygodnie wcześniej. Prawie każdego dnia któreś z Dzieci przynosi drobny pieniążek. Tylko 7 osobom udaje się dobrnąć do 10, ale pojechać może ostatecznie każdy. 30 szczęśliwych Maluchów zbiera się przed garażem na godzinę przed czasem. Oczekiwanie na ten dzień najwyraźniej nie pozwala im spać. Podobnie i mnie. Dzisiaj ma się spełnić nasze wspólne marzenie.

Po Dzieci przyjeżdża niewielki biało-niebieski bus. Ja z kilkoma z nich wsiadam w samochód naszej Siostry Dyrektor. Zabieram ze sobą pudełko z upieczonymi dzień wcześniej ciastkami z cukrem. Ruszamy! Cieszę się jak dziecko.

Po godzinie drogi docieramy na miejsce. W oddali widać już błękitną taflę wody. Sprawia wrażenie, jakby unosiła się do góry i miała nas zaraz zalać. Słyszę pierwsze odgłosy zachwytu. Florence otwiera szeroko buzię i zasłania ją ręką. Chanda na przemian spogląda na mnie i przez okno. Nic nie musi mówić. Jestem tu po raz trzeci, ale dzisiaj i ja na nowo zachwycam się tym miejsce. Tego cały czas uczą mnie Dzieci. Przecierają moje zakurzone oczy.




Ubrania szybko znikają ze szczupłych czarnych ciałek. Nikt tu nie potrzebuje czasu, by oswoić się z temperaturą wody. Plusk, plusk, plusk...

Nie od razu dołączam do Dzieci. Zatrzymuję się na środku plaży i obserwuję. Coraz to ktoś wykrzykuje moje imię i macha wynurzając się na chwilę spod wody. Chce, by go zobaczyć. Podnoszę rękę i odsyłam uśmiechy. Nie wiem, kto jest bardziej szczęśliwy.




Nagle po raz pierwszy tak jasno uświadamiam sobie, jak bliskie stały mi się te Dzieci. Jak to możliwe, że jeszcze dwa miesiące temu nie wiedziałam o ich istnieniu? Dokładnie tyle czasu wystarczyło, by pokochać Chongo, którego uśmiech rozkłada na łopatki każdy smutek. Pokochałam Mozesa, który przerażał mnie na początku swoją agresją, a teraz nieśmiało szuka przytulenia. Pokochałam Lombama i Jego niewinne spojrzenie przypominające mi kotka ze Shreka. Pokochałam Czamę podnoszącą zaciśniętą piąstkę do góry w radosnym geście triumfu, że poprawnie dodała dwie liczby. Pokochałam Brighta, który śmieje się, że nie rozumiem, kiedy mówi do mnie w bemba. Pokochałam małą Lovenes, która niestrudzenie usiłuje wyłudzić nowy ołówek chowając swój nieporadnie za plecami. Pokochałam Fridę, która nauczyła mnie czekania na odnalezienie w drugim człowieku dobra. Pokochałam robiącego sobie ze mnie żarty Vincenta. Uczy mnie dystansu do samej siebie. Pokochałam Bupe z brakującym zębem na przedzie. Pokochałam każde z tych Dzieci. Każde bez wyjątku. Każde inaczej.





W końcu dołączam do zabawy, by nie dać się dogonić myśli, że niedługo trzeba będzie się z nimi rozstać. Biegam za piłką. Udaję, że pływam. Zamieniam się w karuzelę. Buduję zamki z piasku. W sercu dziękuję Bogu na każdą chwilę. Dziękuję, że Gwiazdy na ziemi zaświeciły dzisiaj jaśniej. 


wtorek, 11 listopada 2014

W WALCE Z MATEMATYKĄ

Każdy kolejny dzień spędzony w Mansie jest dla mnie potwierdzeniem, że moja misja faktycznie nie jest misją specjalną. Ale jest misją wyjątkową. Wyjątkową nie dlatego, że robię tutaj wielkie rzeczy. Patrząc po ludzku są to rzeczy bardzo błahe. W wyjątkowość przystraja je miłość. Tak jak całe nasze życie.




Mimo, że jestem humanistką, okazuje się, że matematyka nie była mi obca. W Polsce większość moich działań przynosiła konkretny zysk. Dobre wyniki na uczelni - stypendium i pochwały. Dołożone starania - usłyszane w nagrodę dobre słowo. Dorywcze prace - konkretny pieniądz. Udzielona pomoc - często zabezpieczenie, że i ja kiedyś będę mogła na nią liczyć. Skrupulatnie dzieliłam czas.

Mansa nie przynosi zysku. Nie przynosi go patrząc po ludzku. Nie robię tutaj kariery zawodowej. Owoce nauki Dzieci angielskiego są jak do tej pory bardzo marne. Europejskie metody wychowawcze okazują się być często bezskuteczne. Godziny spędzone na czekaniu wydają się być bezsensowną stratą czasu. Podobnie podlewanie nasionek, które i tak nie wyrastają, bo słońce błyskawicznie wysysa każdą kropelkę wody. Nie inaczej jest ze śpiewaniem w chórze, kiedy śpiew oznacza jedynie poruszanie się do rytmu. Bieganie za piłką czy kręcenie skakanką wokół własnej osi w Polsce nie przyniosłoby żadnych notowań. Tak samo malowanie palcem po ziemi i wycinanie kółeczek z kolorowego papieru.  

Mansa przynosi zysk o wiele większy. Św. Matka Teresa powtarzała często, że nie ważne, co robimy, ale ile miłości w to wkładamy. Jedyne kryterium. Chyba dopiero powoli zaczynam to rozumieć.




Miłość to nie matematyka. Więc walczę. W końcu jestem humanistką.


wtorek, 4 listopada 2014

W ŚWIECIE PARADOKSÓW

Afrykańska rzeczywistość to świat paradoksów. Może po roku czasu mi się uda, ale jak na razie nie potrafię jej pojąć.

Tobua to mąka rozrobiona z wodą. Nie zawsze z ciepłą. Ulubiony napój Dzieci z naszej szkoły garażowej. Zapachem przypomina polskie chrupki kukurydziane. Dzieci dostają ją na zakończenie lekcji zazwyczaj trzy razy w tygodniu - w poniedziałek, środę i piątek. Pytają o nią każdego dnia. Czasami jest dobrą mobilizacją, by być grzeczniejszym lub w ogóle przyjść do szkoły. Dzieci dokładnie oblizują kubki palcami, żeby nic się nie zmarnowało. Sięgają do samego dna. Chętnie zgłaszają się do mycia, bo to szansa, że jeszcze coś więcej im się dostanie. Szkoła garażowa kończy się o godz. 11.30. W pół godziny rzeczywistość  wokół mnie zmienia się o 180°.

Dzieci z Pre-school dostają lunch od poniedziałku do czwartku o godz. 12.00. Każdemu przysługuje plastikowy, podzielony na trzy części talerz. Są niebieskie, zielone i czerwone.  Dzieci najbardziej lubią czerwone. Nie wiem dlaczego. Stałym składnikiem jest biała papka - szima. Pozostałe miejsca na przemian zajmuje kurczak, jajecznica lub pieczone kiełbaski z sosem pomidorowym. Zawsze jest też jakaś surówka. Zazwyczaj jedzenia wystarcza na tyle, by prosić o dokładkę. Jednak spora część Dzieci nie zjada wszystkiego. W miarę jedzenia coraz więcej małych i pozlepianych kawałków szimy ląduje na stole. Część trafia na ziemię. Trochę tak, jakby poprószył delikatny śnieg. Ale w Zambii zimy nie ma. Po posiłku w ruch idzie miotła. Najpierw zmiata wszystko ze stołu, a potem z podłogi. Chciałabym ją wyprzedzić i własnymi rękami pozbierać dokładnie wszystkie resztki jedzenia. Dzieci z naszej szkoły garażowej bardzo by się nimi ucieszyły. Podobnie te z Oratorium, które czasami podkradają się do drzwi naszego domku z palcami skierowanymi wymownie w stronę buzi. Ale pozbierać ich nie mogę. Trudno mi na to patrzeć. Chcę wrócić do pozostałych Dzieci. Próbować zaspokoić ich głód inaczej...

Kolejny paradoks. Środek zajęć w szkole garażowej. Siostra przypomina mi, by powiedzieć Dzieciom, że w piątek nie będzie zajęć. Dzieci z Laura Pre-school jadą nad jezioro. Ja i Sylwia jako nauczyciele jedziemy razem z nimi. Nasze Dzieci zostają. Wiedzą, dlaczego nas nie będzie. Widzę ich smutne oczy i chciałabym zostać z nimi. Ale zostać nie mogę.

Wjeżdżamy dwoma niewielkimi busami. Jest kilka minut po godzinie 8. Słońce praży od rana. Dzieci są radosne, część z nich ma nawet okulary przeciwsłoneczne na buziach. Machają Rodzicom na pożegnanie. W busie rozlega się głośny śpiew. Wszyscy, których mijamy, powinni nas usłyszeć. Wivat Laura! Wivat! Zaciśnięte piąstki Dzieci powiewają dumnie w górze. Wyjeżdżając z bramy widzę gromadki Dzieci. Stoją przy drodze. Obserwują. Ich twarze się nie uśmiechają. Rozpoznaję niektóre z nich. Przychodzą do Oratorium.

Około godziny później jestem w innym świecie. Piękna plaża. Błękitna woda. Wskakujące do niej Dzieci i Nauczyciele. Jednym słowem: euforia radości! Z każdej strony słyszę swoje imię. Mam aparat w ręku, to dlatego. I choć szczerze cieszę się radością tych Dzieci i bawię się razem z nimi, to myślami uciekam tam, gdzie zostało moje serce. Czuję, że to niesprawiedliwe.  Chciałabym wrócić i tamte Dzieci rozweselić inaczej...   




Afrykańskie paradoksy. Małe i większe. Bolą bardziej i mniej. Każdy mobilizuje do jeszcze większej miłości. Nie tracę czasu na szukanie odpowiedzi: dlaczego? Może z czasem przyjedzie do mnie sama. Robię to, co mogę.


niedziela, 26 października 2014

REMONT

Po pierwszym miesiącu pobytu w Mansie jak bumerang wraca do mnie pytanie: Dlaczego misje? Dzisiaj niespodziewanie przyszedł do mnie kolejny skrawek odpowiedzi: Moje serce jest w remoncie.

Nie wydawało mi się, że go potrzebuje. A jednak. 
Do remontu skłania go Peter, który na porannej Mszy Świętej wyskakuje przed ołtarz ze śpiewem i tańcem. Nie widzi, ale to właśnie On przeciera moje zakurzone oczy i uczy wdzięczności. Moje serce remontują Dzieci z naszej szkoły garażowej, które wiernie czekają o poranku, by jak najwcześniej zacząć rozdawać swoje czekoladowe uśmiechy i nimi zarażać. Uczą, jak cieszyć się z małych rzeczy i przypominają, że tylko dzielone szczęście ma sens. Za remont pilnie zabrały się Dzieci z ulicy, które kochają za darmo i zawstydzają mnie przypominając o moich stawkach za miłość. Nawet mały Vincent zna się na remoncie i rozrabiając odstawia w kąt moje ambicje. Remontem zajmuje się też tęsknota, która pokazuje, jak bliscy mi są Ci, których teraz blisko nie ma. O remont dopominają się moje słabości, do tej pory skrzętnie pochowane po kątach...



  

Nie lubię remontów, ale tego wręcz pragnę. Nie dla siebie. Wierzę, że kiedyś więcej Osób będzie mogło zamieszkać w nowym domu.



poniedziałek, 20 października 2014

GWIAZDY NA ZIEMI

Każdy dzień na misji to prezent. I choć codziennie na nowo szeroko otwieram ręce, by dawać, czuję, że to ja jestem tą najbardziej obdarowaną. Podobnie jak dzisiaj.

Iness ma około 9 lat. Dopiero co dołączyła do naszej uniwersyteckiej rodziny. Swojej już praktycznie nie ma. Mama nie żyje od kilku lat. O Tacie wiadomo tylko, że gdzieś jest. Kilka dni temu zmarła Babcia, z którą mieszkała. Przerzucona do sąsiadów, bita, głodzona. Dokładnie nie wiadomo, gdzie aktualnie mieszka. Uśmiecha się nieśmiało, nie otwiera buzi. Jej oczy zdradzają smutek zmieszany z wielkim pragnieniem miłości. Szuka przytulenia.




Gwiazda na ziemi. To właśnie one tak hojnie obdarowują. Często w dziurawych ubraniach, zasmarkane, zbuntowane, poranione. Gwiazdy święcące za dnia. Jeszcze nie wierzące w swój blask. Dla mnie najpiękniejsze, jakie widziałam.

Ale kiedy jutro się obudzę, kolejny raz otworzę moje ręce i posłucham Matki Teresy: Każdy z nas musi sobie powiedzieć: będę miłością. 

Dla każdej z Gwiazd. 


środa, 15 października 2014

JEDEN PLUS JEDEN RÓWNA SIĘ JEDEN

Tym razem po skończonym Oratorium nie od razu idę do naszego domku. Zmęczona siadam pod szarą ścianą na kawałku nagrzanego słońcem betonu. Przyglądam się odchodzącym Dzieciom i zastanawiam, dokąd idą, kto czeka na nich w domu. Co chwilę ktoś podchodzi i podaję mi rękę. Każdy hojnie obdarowuje uśmiechem, a kto potrafi dodaje See you tomorrow! Odpowiadam dumnie nowo nauczonym Tukomona namailo i odwzajemniam bezcenne uśmiechy!

Część z Dzieci jednak nie odchodzi. Żegna się kilkakrotnie, aż w końcu siada obok na betonie. Jedna Dziewczynka dotyka moich włosów. Inna wciska paluszek w moją lewą rękę, jakbym była miękką piłeczką do gry. Nieco starszy Chłopczyk sprawdza moje muskuły i porównuje ze swoimi. Buzie Dzieci otwierają się nie do mówienia, ale jedynie do uśmiechów. Za to ich serca to straszne gaduły! I moje mozolnie uczy się mówić...




Nagle Ktoś nieśmiało ściska moją rękę i układa głowę pod moim policzkiem. Uśmiecham się tym razem do samej siebie. Chyba powoli zaczynamy się rozumieć.





Dwa kolory, jedno serce. 


czwartek, 9 października 2014

TU I TERAZ

14.30 to idealny czas na drzemkę. Tymczasem o tej właśnie porze kawałek spieczonej słońcem ziemi tuż obok naszej placówki misyjnej zalewa czekoladowa fala. Nie sposób ją okiełznać. Fala ucisza się jedynie na krótko na czas modlitwy. Złożone rączki dotykają wtedy pobrudzonych bród. Czekoladowe buzie zamykają oczy, a ja tym szerzej je otwieram i zawstydzona uczę się modlitwy.




Pot leje się ze mnie ciurkiem. Czuję, że dzisiaj brak mi sił. Czekoladowa fala rozbija się na szereg mniejszych. Mobilizuję resztki energii i szukam sposobu, by popłynąć choć z jedną z nich. Wytężam wszystkie moje szare komórki i nieudolnie próbuję wytłumaczyć zasady gry. Mimo wielu yes, które w praktyce okazują się oznaczać no nie daję za wygraną. Dla tych choć kilku czekoladowych uśmiechów mogę zrobić z siebie nawet cyrkowca.   

Udało się. Płynę. Zapominam o moim wcześniej i później. Liczy się tu i teraz. Uśmiech nie znika mi z twarzy. Radość Dzieci jest moją radością. Dzisiaj jestem jak jedno z nich, jestem jak dziecko.




Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali. 2 Kor 12,9

Wystarcza na tu i teraz. Bez wyprzedzania.